tak jakby do dupy

I sierpień minął na całomiesięcznych wakacjach. I nie było czasu na pisanie.
Wakacje hiszpańsko-polsko-rumuńskie. Zmienialiśmy tylko towarzystwo. Dużo słońca i zabawy.
Hiszpania jak zawsze cudowna. Było nas tam siedem osób, więc mieliśmy przekrój wszelkich osobowości i zachowań. Zabawnie było. Trochę wina, dużo dobrego jedzenia. Niekończące się rozmowy na plaży, podjadanie hiszpańskich przysmaków i sangria. Wycieczki samochodem, udział w fajnych wydarzeniach kulturalnych i sportowych.
Nie bardzo nam się chciało stamtąd wracać.
Ludzie jak to ludzie – różne zachowania i humory. I w tym wszystkim ja i mąż krążący od jednych do drugich. Luz, spokój, dużo słońca. Trochę czytania, dużo fajnych rozmów.

Potem Polska i Mazury. I inni ludzie. Część towarzystwa spadła nam na głowę lekko niespodziewanie, ale jakoś się nam wszystkim udało dogadać i było super.
Bardzo leniwie tam było. Jakieś posiadówy, grille. Pogoda o dziwo dopisała. W jeden poranek kiedy akurat padało, siedzieliśmy wszyscy na wielkiej werandzie i każdy raczej robił coś sam, ale gdzieś tam zawsze zagadaliśmy i tak nam czas płynął.

I na koniec Rumunia. Kilka miejsc. Stolica zaskoczyła nas bardzo na nie. Tam akurat spotkaliśmy się z dwójką znajomych. Zawód na całej linii. Rumunia to taka Polska z początku lat 90. Widać biedę i lata zaniedbań. Nie podobało nam się. Na szczęście jedzenie było pyszne – to nam troche wynagrodziło pobyt tam. Ale już na przykład znaleźć dobre wino w jakiejś normalnej cenie, w kraju który wina produkuje sporo – nie było łatwo.
Z Bukaresztu wyjechaliśmy z niesmakiem i spora ulgą.
Na prowincji lepiej. Niby ciągle tą biedę było widać, ale jakoś mniej drażniła, ludzie bardziej przyjaźni. Jedzenie jeszcze lepsze. Odpoczęliśmy. Było gorąco, ale o wiele lepiej niż się spodziewaliśmy.
Powrót do kraju przez Bukareszt. Ale byliśmy już przygotowani i nie drażnił nas tak bardzo.

I przyszedł wrzesień.
Czas do pracy.
Pojawiło się mnóstwo nowych problemów. W tym rodzinnych. Kolosalne zawirowania.
Jestem totalnie ogłupiony tym co się teraz dzieje. Nie wiem jak to ogarnąć i chyba bardziej idę siłą rozpędu. Po wakacyjnym luzie nie zostało prawie nic.
Do tego jakieś zupełnie nowe perspektywy się pojawiły, a ja zupełnie nie wiem jak to rozegrać.
Masakra jakaś, ale na szczęście mam męża, który obok mnie stoi i mam się do kogo zwrócić. No i przyjaciele. Zawsze pomogą, wysłuchają, doradzą. Przyjaźń jest najważniejsza.
Nie wiem co będzie dalej. W tym momencie staram się nie wybiegać na przód dalej niż na dwa miesiące.
Trzymać się i nie pękać. Zobaczymy co będzie dalej.
Nie zapowiada się urocza jesień…

Łódź jest cudownym miastem

No i brat Mariuszka był. Wojtek.
Matko, co za kolo. Od pierwszego momentu kliknęło. I to niesamowicie. Po trzech minutach, nawet jeszcze dobrze nie zdążyliśmy odejść od Centralstation, byliśmy już najlepszymi przyjaciółkami.
W domu usiedliśmy przy winie i zaczęły się opowieści. Tyle tego było, że po prostu odleciałem. Wojtek jest żonaty, ale bi. Ale żona tego nie wie, a on, żeby życie miało smaczek… I dwójka dzieci. Chyba lubię mieć obok siebie kolesi z dójką dzieci. Oczywiście Robert o wszystkim wie.
Gdy przyszedł Mariusz, lekko spóźniony, to padł po prostu. Siedzieliśmy już lekko zrobieni, przekrzykując się, ze swoimi unikalnymi historyjkami. Nie mogliśmy sie nagadać.
Chłopcy zostali w końcu na noc, a ja następnego dnia poszedłem do pracy na lekkim kacu. Warto jednak było. Przemęczyłem sie trochę a potem wszystkie dolegliwości poszly sobie w siną dal. Następnego dnia była powtórka z rozrywki i kolejnego poranka wracałem do kraju całkiem ciepły jeszcze. Ale te dwa wieczory były mi bardzo potrzebne. Moje zamulenia zniknęły zupełnie, a ja nabrałem nawej energii.
Oczywiście kontakt z Wojtkiem pozostał. Mieszka w Łodzi, dzwonimy do siebie, gadamy. Ja już raz byłem w Łodzi, on w Warszawie. Chodzimy sobie, gadamy. Zupełnie nie mamy się ku sobie łóżkowo, po prostu cudownie nam się spędza razem czas. Na razie po prostu się tym cieszymy i nie myślimy co dalej, bo może wszystko się skończy tak jak zaczęło? Teraz po prostu mam super nowego kumpla i dobrze mi z nim. Lubi książki, historię, geografię, interesuje się polityką i socjologią. Nie nudzi nam się zupełnie.
W Łodzi chodziliśmy całe okołopołudnie po centrum. Tu kawa, tu lunch, tu kieliszek wina. Uwielbiam to miasto. Teraz jeszcze dużo tam pozmieniali po otwarciu nowego Fabrycznego. Fajnie tam. Miasto się zmienia. Czuć ten powiew nowego. Nowe knajpy, restauracje, fajne miejsca. Życzę im jak najlepiej. W sierpniu znowu tam zawitam. Nie mogę się już doczekać.

Póki co mały urlop już pojutrze.
Mamy dość tej kijowej pogody – ponoć dziś w Polsce upały, ale tu jest 17 stopni. W ogole lato w tym roku – duzy zawód. Lecimy do Hiszpanii. Będzie nas siedem osób, ale niestety ani Bartuś, ani Robert, ani Manu nie mogli…
Liczę jednak na cudowne klimaty , wieczory przy winie i przekąskach, tony owoców morza i słońce, słońce, słońce.

jeden z tych kijowych dni

Jakiś taki jestem dziś bez życia.
Nie wiem z czego to wynika zupełnie.
W pracy było całkiem spoko, tylko chodzę niewyspany bo robię poranne shifty i choćbym nie wiem jak się starał to nie mogę się zebrać do wcześniejszego położenia do łóżka…
Po południu dopadł mnie taki marazm i beznadzieja. Tak mi się nic nie chciało i na nic nie miałem ochoty. Nawet na jedzenie…
Do tego jeszcze zadzwoniłem do męża, a on też taki niemrawy. Nie kleiła się nam dziś gadka. Jakoś przemęczyliśmy dziesięć minut i było po rozmowie.

Jutro ma przyjechać brat Mariusza. Mam go odebrać z dworca i przechować przez trzy godziny. Ponoć zabawny z niego chłopak – zobaczymy.

Czytałem fajny wywiad z Katarzyną Bondą w „Wysokich Obcasach Extra”. Jak jej nie bardzo lubię jako pisarki i osobowości, to po tym wywiadzie w którym opowiadała jak ją wychowano (muszę kupić cały ten numer) zmieniłem trochę o niej zdanie.
Potem zajrzałem na fejsa na ścianę Twardocha – och jaki on cudowny. Tyle fajnych, z pozoru prostych tekstów. Uwielbiam tego pana.
I to mi polepszyło humor na koniec tego kijowego dnia.

15 lat później na blogu i w życiu

Spotkałem Maćka. Po 15 latach od poznania, po tym jak mnie rozdziewiczył i po dwóch miesiącach porzucił. Nawet nie wiem czy mnie jeszcze pamięta, ale pamięć do niego mam całkiem niezłą i od razu go poznałem. Wszystko działo się w Krakowie, gdzie spędziliśmy dawno temu parę fajnych momentów.
I co? I nic. Zbrzydł. Nie wiem co ja wtedy w nim widziałem, ale nie wiem czy nawet bym się za nim obejrzał.
Po raz tysięczny sięgnąłem do początków bloga (jutro 15 urodziny!!!) i po raz kolejny stwierdzam, ze byłem naiwnym gówniarzem, zakochałem się w kimś kto tego wtedy potrzebował, a potem kiedy uczucia do poprzedniego kolesia wróciły – rzucił mnie bez skrupułów.
Potem było sporo innych kolesi, miłość życia i dwa długie związki, ale ten maciek, jako ten pierwszy – zawsze mi się gdzieś przewijał. Te miejsca w Warszawie, jakieś wspomnienia.
Teraz nie wiem co będzie. Wydaje mi się, że koleś lekko zdziwaczał. No i nawet moje mega czule serduszko nawet odrobinę nie zabiło mocniej.
Byłem ciekaw, obejrzałem go sobie po czym odwróciłem się i poszedłem w swoją stronę.
I tak już chyba zostanie.

Poza tym – tak sobie. Dużo złego dzieje się dookoła mnie. Generalnie sprawy rodzinne. Nie chce mi się nad tym rozwodzić, ale nie jest dobrze i raczej dobrze nie będzie.
Dobrze, że mam Młodego – jest mi wsparciem i ostoją. U niego nareszcie zmiana pracy – dość gładko, ale w starej chcą mu robić małe problemy z odejściem, więc tak sobie odpędzamy te codzienne problemy.

Pogoda tez nie rozpieszcza. Nie bardzo nadaje się na plażę nudystów. Na żadną się nie nadaje. Ale może trochę słońca będzie.
Póki co bardzo w kratkę. Jakieś tam wino na zewnątrz już było, ale mało jeszcze…
Słucham piosenek sprzed 15 lat. Zadziwiająco łatwo do mnie wszystkie powracają. Jedna za drugą. Tamte upały, słońce, maciek i w ogóle tamten klimat.
Młody byłem. Bardzo młody.

dlaczego wypady nad polskie morze są takie fajne

Wróciłem z pobytu w spa z Bartoszem. I mam teraz doła, bo na samą myśl, że mam iść do pracy robi mi się przynajmniej słabo…
Byliśmy w Kołobrzegu. Przypominam, że to niejako nasze ziemie wspólne, bo nasi dziadkowie tam mieszkali po wojnie i tam są pochowani.
Kiedy pół roku temu okazało się, że nasze mamy – zupełnie niezależnie od siebie, dostały przydział do sanatorium w Kołobrzegu, to my czym prędzej zabukowaliśmy tam pobyt i dla nas na kilka dni.
Nasze chłopy miały na początku z nami jechać, ale w końcu oczywiście okazało się, że praca i że nie mogą. W międzyczasie okazało się, że mama Bartka też nie jedzie bo ma jakiś zabieg na nogę, ale moja jak najbardziej.

I ruszyliśmy. Spotkaliśmy się w Gdańsku na lotnisku, bo ja tam ze Szwecji, a Bartosz z Warszawy. Wzięliśmy samochód i jak dwie szalone wariatki ruszyliśmy droga na Koszalin. Uciech mieliśmy co niemiara, bo leciała oczywiście nasza muza, w tym Mitch&Mitch z reklamy Ikei na punkcie której mamy totalnego odwała…
Generalnie ludzie na jakichś skrzyżowaniach w miastach po drodze patrzyli na nas jak na debili. Muza na full, tańce i śpiewy…
Ale dojechaliśmy szczęśliwie. Prosto w ramiona mojej mamy, która się nami ładnie zajęła, prowadzała nas na obiadki i na różne zabiegi, na które mieliśmy ochotę. Borowina, solanki i takie tam. Odmłodnieliśmy od dziesięć lat przynajmniej. My w zamian za to zabieraliśmy ją wieczorem na wino na molo, albo do fajnych kawiarni. Tam jeszcze jest tak trochę przed sezonem, więc raczej klimat sanatoryjny, choć trochę tatusiów seksownych już było. W te trzy dni kiedy była super pogoda (w miarę, ale kiedy padało to my na borowinki), to na plaży mieliśmy zupełny odlot. Polscy chłopcy są jednak najpiękniejsi na świecie. I mimo że trochę o siebie nie dbają (brzuchy), to generalnie europejski poziom.
My modelki – ja na minusie siedem kilko, Bartosz osiem, więc możemy oceniać. Co prawda Bartosz startował z trochę gorszej pozycji, ale wszystko idzie w dobra stronę.
Oczywiście umarliśmy jak jeden tatuś, na oko lat 30 przebierał się na plaży w ręczniku i ten ręcznik mu się koncertowo zsunął akurat przed naszymi wielkimi oczami. No pisk prawie, bo dupka była śliczna.

Cudowny pobyt. Odpoczęliśmy jak należy, dieta była nawet trzymana, choć wieczorami było trochę alko, ale teraz znowu będzie detox.
Odwiedziliśmy tez z mamą rodzinne strony i rodzinę w tych stronach. Zabawnie, że widzimy ich tak raz na pięć – siedem lat, a cały czas jest tak normalnie. Był tez taki mój kuzyn – Tomek – całkiem całkiem. Nie wiedziałem, że mam nawet takiego kuzyna.
Zabawne jest to, że ten sam stopień pokrewieństwa, ale w Mieście, to moja bliska rodzina, a tam – nawet nie wiem, że ktoś taki istnieje…
Dziwny jest ten świat…

Wczoraj Bartosz zawiózł mnie do Szczecina na lotnisko, a sam pojechał do miasta do rodziców w gości.
No i siedzę teraz w domu, wysmarowany maseczką z Kołobrzeskiego Spa, słucham Mitcha&Mitcha i myślę jak bardzo chciałbym teraz iść na kołobrzeską plażę zamiast do pracy…

to jeszcze nie czas na chińskie opowieści

Zjebany jestem jak kot.
W tym tygodniu mam taki zapierdol w robocie, że ledwo wiem jak się nazywam, a to dopiero początek sezonu letniego… Na opowiastki z dalekich krajów jeszcze dziś nie czas.
Na szczęście pogoda się zorientowała, że coś jest nie tak i z trybu zimowego przeszliśmy natychmiast w tryb letni.
Jednego dnia czapka i szalik, drugiego krótki rękawek i frape. Fajnie bo wieczorem kiedy się wlokę do domu, też jest przyjemnie ciepło, a tu już dla mnie zapowiedź czegoś miłego.

Cuda się dzieją w związku z Opolem. Mieliśmy jechać w tym roku z mężem, ale nie pojedziemy. Władza się trochę przeliczyła i na festiwalu zapewne wystąpi Zenek i wierny jak pies Pietrzak. Najlepiej przez trzy dni na zmianę. Na pewno tłumy chętnych oblegną amfiteatr.
Szkoda mi tego Opola. Taki fajny zawsze był klimat. To już niby nie to samo co dawniej, ale ciągle to było święto polskiej piosenki. A tu przyjdą takie wały i wszystko leży. Że też doczekaliśmy takich czasów. Osiecka się grobie przewraca. I Młynarski, któremu chcieli na siłę zrobić recital.
Durna władzo opamiętaj się. Nie wszyscy tacy tępi jak wy. Wy, My, Oni. Narobili podziałów to mają.
I w tym wszystkim biedna Maryla, która po prostu jak zawsze chciała sobie tylko pośpiewać w Opolu. Jej i Beacie to się należy jak chłopu ziemia. Ale nie tym razem Kochana.
Ciekawe co by zrobili Szwedzi gdyby im upolitycznili Melodifestivalen.

Dietka idzie jak złoto. W miesiąc cztery kilogramy. Oby tak dalej.
Jem tak jak lubię – zdrowo i generalnie bez mięsa, alko sporadycznie (tego akurat nie bardzo lubię, ale czego się nie robi dla tych spojrzeń na plaży), posiłki co trzy godziny, dużo płynów.
Mąż zazdrośnie zerka na wagę, Bartek też. Bartek gruby. Dobił znów do stówy. Podrzuciłem mu trzy fajne wegańskie książki, Leszek już się za to wziął. U Bartosza silna wola bardzo słabiutka. Gdyby nie jego chłop, to nic by z tego nie wyszło.
Dlatego dobrze, że zawsze jest ktoś obok.

nie mogę z tobą rozmawiać bo mówisz po chińsku

Nie było mnie, bo byliśmy z Młodym na naszych Wielkich Chińskich Wakacjach.
Planowaliśmy już to już od wczesnej zimy i w końcu przyszedł kwiecień i podróż.
Było cudownie.
Ponad trzy tygodnie w Pekinie i Szanghaju. Trochę w tym pierwszym, potem drugim i znowu do stolicy. Nie wiem nawet jak się do tego zabrać, bo tyle się działo, tylu ludzi, tyle jedzenia…
Zupełnie inny świat. I kulturowo i wizualnie. Wszystko inaczej, do tego białych ludzi jak na lekarstwo…
Opiszę to może jutro, albo w tym tygodniu.
Wszyscy mają majówkę, a ja akurat całą przesiedzę kurwa w pracy…
Nie narzekam, tylko żal wracać do roboty akurat wtedy kiedy wszyscy inni mają wolne.

Picie duńskie, picie szwedzkie

Och, a tak mi dobrze szło nie picie…
Nawet odwołałem to piwo przedwczorajsze z Mariuszem, bo musiałem iść wczoraj wcześniej do pracy i pomyślałem, że lepiej będzie iść bez alkoholu przed.
I nawet zabrałem ze sobą do pracy rzeczy na basen od razu. I poszedłem. Och, basen. Kocham. Po prostu kocham.
Pływałem ponad godzinę, mimo iż miałem dłuższą przerwę.
Potrzeba mi tego było bardzo. Moje ciało potrzebuje więcej ruchu, żeby dojść do siebie po zimie. Mam kilka ładnych kilogramów do zrzucenia. Powiedzmy cztery to minimum, osiem byłoby cudne.
I po pływaniu, pod prysznicem spotkałem Jensa. To taki mój basenowy kolega. Rok temu spotykaliśmy się tam notorycznie. Wczoraj on przyszedł po mnie i pływał na torze po drugiej stronie basenu, a że było sporo ludzi, więc spotkaliśmy się dopiero pod prysznicami.
Szczerze się ucieszyłem, bo zawsze sobie fajnie pogadaliśmy. Umawialiśmy się milion razy na drinka, ale nigdy nic z tego nie wychodziło, bo zawsze coś, a tu wczoraj zaprosił mnie na wino do siebie. Właśnie się przeprowadził do nowego mieszkania, tuż obok pływalni.
Jakoś nie miałem dobrej wymówki, a przy tym tak się ucieszyłem, że go zobaczyłem, że się zgodziłem.
Kupiliśmy butelkę wina w Netto (kocham ten duński nieograniczony dostęp do alkoholu) i poszliśmy.
Fajne mieszkanko. Gustownie urządzone, delikatne duńskie wzornictwo.
Zasiedliśmy na dużym parapecie i tak sobie zaczęliśmy gadać. Trochę tam iskrzyło między nami, ale bardziej z jego strony i generalnie przestał kiedy mu powiedziałem, jak bardzo jestem szczęśliwy z moim mężem.
Za to po pierwszej butelce oczywiście poszła druga, a po niej jeszcze jedna.
W międzyczasie nie mogliśmy sobie znaleźć muzyki do tego wszystkiego i w końcu poleciało spotify i jakaś lista z ogólnodostępnych.
Po drugiej butelce leciała już Ania Dąbrowska, Reni Jusis i jakieś zupełnie mi nieznane duńskie kapele i wokalistki, ale było bardzo zabawnie.
Oczywiście w ferworze cudnej zabawy powiedziałem mu, że koniecznie musi przyjechać do Malmo, no i przyjechał dzisiaj.

Wróciłem z pracy, przebrałem się szybko i poleciałem na stację go odebrać. Niestety większość Duńczyków ma taką małą przypadłość iż uważają, że świat kończy się na Kopenhadze, a ma wschód od niej nie ma już nic. No i Jens był dziś pierwszy raz w Malmo od czterech lat…
No ale fajnie.
Zabrałem go do takiego odpowiednika warszawskich Koszyków. Zjedliśmy, wypiliśmy butlę wina i zaszliśmy do mnie, bo alko w szwedzkich knajpach kosztuje jak mokre zboże…
I wypiliśmy jeszcze dwa wina. Właśnie pojechał.
Bardzo było miło. Dużo pyta o Polskę. Nie zna. Poziom znajomości naszego kraju to najczęściej tak mniej więcej jak Polacy znają Azerbejdżan.
Na przykład pytał mnie, i to całkiem szczerze, czy w Warszawie można wyjść po zmroku na ulicę.
Po moich opowieściach nabrał takiej ochoty, że pewnie w te wakacje będziemy go z Sebą gościć.
Śmiesznie, ale fajnie.

Idę spać. Jutro na rano do pracy, a potem jak się uda to uciekam od razu do Polski.

Malmö, co to się bardzo zmienia

Wczoraj wieczorem zadzwonił do mnie Mariusz, żeby wyjść z nim na spacer.
Nie zdziwiło mnie to za bardzo, bo często się gdzieś włóczymy po mieście, więc ochoczo się zgodziłem, zwłaszcza, że wczoraj byłem jakiś taki totalnie niedojebany. Po przyjściu z pracy padłem do łóżka i spałem dwie godziny. I właśnie wtedy on zadzwonił.
Oj biedny ten mój Mariuszek. Awansowali go w pracy i wysłali na jakiś półroczny kurs. Do tego z racji awansu został brygadzistą na jakiejś hali i prawie w ogóle nie przebywa na świeżym powietrzu.
Gdy go spotkałem to wiedziałem, że coś się dzieje, bo miał minę kotka srającego na pustyni i oczka dziecka, któremu właśnie zabrali lizaka. Myślałem może, że się zakochał i laska go kopnęła w tyłek.
Na szczęście okazało się, że to tylko praca i to, że teraz ma pod sobą ludzi, a tak mu było wygodnie gdy to on sobie siedział cichutko i robił co do niego należy. Śmiać mi się trochę chciało, ale zajęliśmy się tematem na poważnie i chyba go trochę puściło.
Zaszliśmy jednak aż do Västra hamnen. I tu nas zdrowo wmurowało, bo zmiany jakie tam nastąpiły są po prostu kolosalne. Nie jestem jakimś wielkim fanem tego miejsca, więc zachodzę tam dosyć rzadko, raczej do znajomych niż na spacery. I w tej części koło Tuning Torso nie byłem ze trzy lata. O matko. Nowe budynki, lokale, biura, ulice. Zupełnie inne niż pamiętam.
Szliśmy jak po jakimś innym mieście. No ale rzeczywiście dużo się tu buduje, zresztą Mariusz wie o tym całkiem sporo, bo w końcu to jego praca.
Rozstaliśmy się w naprawdę fajnych nastrojach. Fajnie mieć takiego kolegę, z którym można tak po prostu o dupie maryni jak się nie ma ochoty na nic poważnego.

I dziś jechałem odebrać mapy od kolesia z blocket, w rejony w których mieszkałem akurat zaraz po przeprowadzce do Malmo sześć lat temu.
I tez mnie wryło. Aż zadzwoniłem do Mariusza. Tyle nowych budynków, rozbudów i innych.
Tam gdzie chodziłem z moją współlokatorką na pikniki na kocyku, a dookoła hasały sobie malutkie króliki, stoi teraz dwupiętrowy biurowiec, a na miejscu gdzie można było spokojnie usiąść z książką i kawą na wynos – parking dla rowerów. Jakieś przebudowy, wyburzenia. Ciężko poznać.

Poszedłem po kawę do Espresso House i siedząc i patrząc w okno jak to wszystko się zmienia, spotkałem kolegę z pracy. Akurat on jest stąd tak od zawsze. I na moje stwierdzenie, że jak to się wszystko zmieniło przez ostatnie kilka lat, spojrzał na mnie z politowaniem i powiedział, że powinienem zobaczyć jak w ogóle miasto się zmieniło przez ostatnie dwadzieścia pięć lat.
To wcześniej było typowe przemysłowo-portowe miasto, gdzie nie bardzo chcieli się osadzać nowi mieszkańcy, poza nowo przybyłymi imigrantami.
Dopiero ostatnie lata zmieniły wszystko. Otwarcie mostu do Danii też było milowym krokiem w dziejach miasta.
Teraz miasto się rozwija, kiedyś walczyło o przetrwanie.

No nieźle. Opowiem o wszystkim Mariuszowi jak wpadnie dziś wieczorem na piwo. Ciekawe co mi tam za newsy przyniesie z pracy.

Osiecka na wiosnę, która się zbliża

Dziś dwudziesta rocznica śmierci Agnieszki Osieckiej.
Moja ukochana postać w polskiej kulturze. Taka mądra, taka zdolna… Często mnie inspiruje. Nadal mam do nadrobienia mnóstwo z jej pisaniny, ale powoli. Jest tego mnóstwo, ciągle wydawane. Chociażby dzienniki.
Cudownie wyczuwała uczucia, emocje. One były najważniejsze w jej życiu. Nie rozsądek, ale właśnie serce.
Czy to już czas na „Rozmowy o zmierzchu i świcie”? Agnieszka, która już wie, że umiera, opowiada o swoim życiu Magdzie Umer, która też wie, że Agnieszka umiera i chce trochę tego jej bogatego życia dla potomności zachować. Udało się. Cudowny dokument.

Ja mam dziś wolne.
Siedzę jeszcze w łóżku i czekam na to, aż szwedzki dzień się wreszcie obudzi, bo jeszcze trochę za bardzo szaro i smutno. Jak się trochę ogarnie, to pójdę chyba biegać, bo czas się wziąć za siebie na lato.

W niedzielę, po imprezowym piątku i sobocie, umówiliśmy się na obiad z Manu i Robertem. Wcześniej zrobiliśmy sobie spacer z kawą po Powiślu. Dzień był po prostu cudownie wiosenny! Cienkie kurtki, które można było ściągnąć i usiąść nad Wisłą. Patrzeć na rzekę skąpaną w słońcu.
Ależ to był relaks! Totalnie powolne przedpołudnie, leniwe pogawędki. Jakieś ciastko zjedliśmy, wypiliśmy po dwie kawy na wynos – coraz więcej fajnych kawiarni wszędzie, a i kawa coraz lepsza.
Chcę już do wiosny. Już wystarczy zimowego relaksu i spowolnienia. Czas odgonić senność i zacząć działać.

ludzie umierają nie tylko w grudniu

Wczoraj szykując się na lekki dzień w pracy wygrzebałem kilka gazet do zabrania ze sobą. Zwożę tego mnóstwo z Polski i kiedy tylko mam czas, staram się wszystko skrupulatnie przeczytać. Oczywiście zaległości mam jak stąd do Ameryki, ale coś tam zawszę nadgonię.
I trafiłem na „Wysokie Obcasy” z Krysią Sienkiewicz. Biedna Krysia. Ten wywiad ukazał się ledwie kilka dni przed jej śmiercią. A tyle w tych wypowiedziach życia! Miała jeszcze tyle planów i zadań. Widać, że nie spieszyła się odchodzić. I ta sesja do wywiadu. Nie jakiś tam pledzik i fotel, tylko wystrojona, noga pokazana. Pięknie. Starość może być piękna.
Wspominała swoje życie. Mnóstwo podróżowała. Cały świat zjechała. To jednak wielki plus bycia artystą. Zwiedzisz cały świat, bo Polonia jest rozsiana wszędzie i jak jesteś znany i lubiany to masz pewność, że Cię będą chcieli zobaczyć. To i ona zobaczyła.
Zachowam sobie ten wywiad. Szkoda tylko, że coraz częściej zachowuję takie rzeczy o ludziach, którzy odeszli.
Krysia. Danuta Szaflarska. A mówią, że ludzie umierają w grudniu…

książkowo pączkowo

W Szwecji.
Chciałoby się powiedzieć praca, praca, praca, ale na szczęscie najgorsze – czyli wczorajszy dzień mam już za sobą.
Teraz tylko krótkie zmiany i jedna delegacja do północnej Jutlandii. Mam więc w miarę święty spokój, mogę w domu czytać gazety i książki z biblioteki, do której się w końcu zapisałem.
Biblioteka – cudowne miejsce. Dzięki mojej karcie bibliotecznej, moja karta kredytowa oddycha jak nigdy. Kupuję książki absolutnie konieczne, które wiem, że chcę mieć w moim księgozbiorze. Reszta znajduje się na półkach kilka minut od domu. Najlepsze jest to, że są prawie wszystkie nowości. Czytam o jakiejś pozycji w „Wyborczej”, „Książkach” czy „Polityce”, zaglądam do katalogu bibliotecznego a tam już to jest!
Gdzie te czasy kiedy biblioteki ledwo przędły i pani podawała książki zza lady, nowości jak na lekarstwo. Teraz do wyboru do koloru, katalog online, rezerwowanie książek… Cuda ludzie, cuda!
Staram się jak mogę wygospodarowywać czas na czytanie i cieszę się tym co tam jest. Zastanawiam się, czy jakiegoś chorobowego na to czytanie nie wziąć…

Ostatni tydzień bardzo miło.
W środę była impreza na Woli. Przyjemnie zakropiona alkoholem i przykopcona trawką i papieroskami. Ach jak przyjemnie!
W czwartek nie było nawet tak źle i nawet rano wybrałem się do dentysty. Gdy już mi namieszał w buzi, w drodze powrotnej kupiłem pączki i faworki na Mokotowie na małym bazarku. Uwielbiam tłusty czwartek i w ogóle się wtedy nie ograniczam. Jechałem sobie do domu szczęśliwy i radosny kiedy zadzwonił Bartek. Wystał się w jakiejś dobrej cukierni w kolejce i kupił oczywiście pączki. No to zgarnąłem go do metra i pojechaliśmy do mnie. Nie zdążyliśmy jeszcze zdjąć kurtek, kiedy zadzwonił Manu czy jemy jakieś pączki, bo on właśnie wystał się godzinę w kolejce w jakieś super cukierni na Woli. No dobrze, przyjeżdżaj. I na to wszystko po prostu domofonem zadzwonił Robert z pączkami. On i tak wiedział, że będę w domu i że jejm pączki, więc kupił je w jakimś zwykłym sklepie gdzieś na Pradze i przyjechał. Siedliśmy na spokojnie do stołu, kawka, herbatka, konfitury, trochę nalewki do smaku. Jemy pączki, dojechał jeszcze Leszek. Oczywiście najlepsze pączki te od Roberta ze zwykłego sklepu. Na stole trzydzieści pięć pączków, humorki cudowne, żyć nie umierać. Na to wchodzi mój Seba, patrzy na to wszystko i mówi „jezu jak ja nienawidzę pączków! A bardziej niż pączków nienawidzę tylko faworków”.
Nie zabiliśmy go tylko dlatego, że było nam zbyt dobrze i zbyt byliśmy napchani.
Po wyjściu gości zostały pączki dwa. DWA.

Przyjaciele i znajomi

Mam trochę mało okazji do pisania, bo w nowym szwedzkim domu nie ma netu.
W Polsce oczywiście jest, ale w Polsce to ja mam milion innych rzeczy do ogarnięcia. Zwłaszcza zimą, kiedy lotów mniej i więcej czasu spędzam w podróży.

Wziąłem się trochę za siebie. Nadrabiam czytanie, powoli wrcam do zdrowego jedzenia. Pielęgnuję znajomości. Siadamy z Sebą do kalendarza i staramy się tak zaplanować wszystkich, żeby z nikim nie było dłuższych przerw. I tak schodzi.

Zima cały czas jaka taka, ale jest. Mróz trzyma, da się wytrzymać.

Jak młody jest w pracy, to ja na kanapie nadrabiam zaległości serialowe. Dotychczas nadrabiałem w szweclandzie, ale jak netu brak, to trzeba sobie radzić. A w pracy nie bardzo mogę…

Byliśmy ostatnio u takich znajomych Seby na grach. Jakoś nie widujemy się za często, ale nawet ich lubię. I tak sobie graliśmy, winko, gadamy i nagle tak wyszło w rozmowie jacy oni są samotni. Niby spotykają się z ludźmi czasem, ale głównie to praca, studia i dookoła tego rzeczy.
Wracaliśmy do domu i w taksówce cieszyliśmy się, że tak u nas nie jest.
Że mamy czas na innych i że to procentuje. Ludzi z wiekiem nie ubywa obok nas, a przybywa właśnie. Cieszy mnie to. Przy całym moim zadowoleniu z życia, mam trochę kryzys wieku. Stary jestem. I młodszy nie będę.

końce rokowe

No i znowu koniec roku.
Generalnie ok, i obfitował w wiele cudownych wydarzeń, ale jednak generalna atmosfera w kraju powoduje u mnie ciągły skurcz żołądka…
Zwłaszcza te przedświąteczne wydarzenia… mam tylko nadzieję, że te zjeby poniosą za to wszystko karę. Tak nie wolno po prostu…
Źle, po prostu źle.

Ale koniec narzekania. Święta były w tym roku w domu i upłynęły całkiem miło. Nie było jakieś klimatu przed czy coś w tym stylu, ale w końcu się udało.
W wigilię rano spotkałem się z Dominikiem i poszliśmy sobie pobiegać po okolicznych lasach. Bardzo go lubię i fajnie się z nim spędza czas. Ma takie świeże spojrzenie na wszystko.
Po kolacji kiedy cała rodzina rozwaliła się na kanapach i fotelach, my spotkaliśmy się na spacer i buteleczkę wina. Plastikowe kubki i rampa przy torach kolejowych. Nie było aż tak zimno, a dobrze nam zrobił spacer.
Pogadaliśmy. Dominik chce się rozejrzeć za jakimś facetem na stałe. Ma trochę dość przygód w które się teraz cały czas zaplątuje.
Chciałbym, żeby sobie kogoś znalazł. Widać, że mu już brakuje tego związania z kimś.

Ja znowu w M. bo w tym roku Sylwester tutaj. Pierwszego stycznia wracam do pracy, więc noc sylwestrowa musi być grzeczna. Ale dziś już nie trzeba się grzecznie zachowywać, więc zaraz przyjeżdża Seba i idziemy na imprezę do Dody. Nareszcie się poznają. Mam nadzieję, że będziemy się fajnie bawić. A jutro będzie lajcik. Odrobina cavy i wystarczy…

W szwclandzie też już po przeprowadzce. Nowe miejsce jeszcze do końca nie ogarnięte, ale okolica jest bardzo obiecująca i w ogóle to wydaje się nam, że będzie nam się tam dobrze mieszkać.
Cieszę się, że to stare miejsce już za nami, bo jakoś tak smutno tam było. I tak strasznie spokojnie…
Nowy rok – nowy dom :)
Będzie dobrze.

Andrzejki

O matko.
Spojrzałem na chwile na poprzedni wpis. To jakby było wieki temu.

Jesień nadal w sile. Do tego stopnia, że uraczyła mnie cudownym choróbskiem, z którego nie mogę się od miesiąca wyleczyć. Biorę właśnie trzeci antybiotyk z rzędu. O dziwo tym razem jest poprawa…
Dużo rzeczy się działo, dużo problemów się gdzieś tam pojawiło. Niby nic poważnego, ale jakoś powoli trzeba to było ogarniać. Jakoś za bardzo polotu do tego nie miałem i wszystko szło mi strasznie topornie. Do tego jakieś doły mi się małe przyplątały i wtedy to już zupełnie nic. Cały dzień w łóżku pod kołdrą z kompem i jakimś kiepskim serialem. Totalne odmóżdżenie i zmęczenie. Potrafiłem tak trzy dni z rzędu nawet nie wyjść z mieszkania.
Ale na szczęście było minęło.
Jak pozbędę się tego choróbska, to muszę się generalnie zająć sobą bo moje zdrowie tak ogólnie też nie bardzo…
Zapowiada się, że od stycznia będę pozbawiony mojej ukochanej używki – alkoholu. Popłynę więc jeszcze trochę w grudniu (jak już skończę z antybiotykami) i potem świętość i spokój.
Na szczęście będzie już bliżej do wiosny i dni będą coraz dłuższe, więc powinno być ok.

W Szwecji przeprowadzka na nową miejscówkę. Nawet się cieszę, bo jakoś do tego obecnego lokum nie mogłem się przyzwyczaić. Niby wszystko było ok, ale jakoś nigdy nie czułem się tam do końca jak w domu. W poprzednim była inna bajka. Tam mógłbym się prawie przeprowadzić. Był inny klimat, inna okolica. Tego obecnego lokum po prostu nie będzie mi brakować.
Nawet kiedy widziałem się w niedzielę z Mariuszem – nie wiem czy kiedyś pisałem o moim koledze z samolotu – Mariuszu, który mieszka i pracuje w Malmo. Spotykamy się czasem na kawę, czasem coś mocniejszego i gadamy. Bo Mariusz mimo że to robotnik fizyczny, to niezwykle inteligentny i oczytany.
No i właśnie w niedzielę tak się zgadaliśmy, ja akurat wracałem z pracy, więc przyszedł do mnie. Posiedzieliśmy może z pół godziny i Mariusz mówi „dziwnie tu jakoś u was w tym domu. Pusto jakoś czy smutno. Chodź gdzieś na kawę”. Też tak się czasem czuję. Żadne świeczki czy lampki nie pomogą – to miejsce ma jakiś taki niezdrowy spokój w sobie.
Poszliśmy w końcu do Baristy, siedliśmy, zamówiliśmy, pijemy sobie kawkę, a tu nagle za oknem kolega Mariusza z liceum. Zauważył go i wszedł. Akurat przyjechał do Malmo do koleżanki. Plotki, śmiechy i takie tam. Strasznie lubię Mariusza. Taki mój miły odskocznik polski w szweclandii…

Teraz na weekend do waw przybywa Maggi z Łodzi. Ja nie piję, ona nie pije – będzie zabawnie. Ale już się nie mogę doczekać. Przy herbacie też można siedzieć do czwartej nad ranem.

noc

Noc.
Trochę chory jestem i przesypiam całe dnie. Po prostu budzę się na chwilę, wypijam kubek herbaty i zapadam w słodki sen. Potem mąż wraca z pracy, ja wstaję, gotujemy kolację która jest moim śniadaniem. Jemy, oglądamy jakiś film, kładziemy się do łóżka, on zasypia, ja odpalam kompa i mam czas dla siebie. Oczywiście nie za długo, bo zaraz zaczyna mi się chcieć spać…
Błędne koło, ale w chorobie tak mam. Sen zimowy leczy wszystkie bóle.

Miałem długi tydzień w pracy. Wysłali mnie na zesłanie do północnej Jutlandii i tam musiałem się kisić. Pomijam fakt, że o tej porze roku deszcz zacina tam regularnie na zmianę z ostrymi porywami wiatru, ale Dania to nie Szwecja i alko mają dostępne non stop, więc jakoś było. Detox w tym roku poszedł się, delikatnie mówiąc – jebać, bo pojawiło się kilka problemów cięższych do rozwiązania i alko jakoś samo do tego wypłynęło a potem to już jakieś imprezy i takie tam, więc w tym roku nie.
Zwłaszcza, że koniec miesiąca ma być w Hiszpanii, a nie wyobrażam sobie tam pobytu bez wina i owoców morza.
Tegoroczne oczyszczenie odbędzie się więc w przyszłym marcu :)
Wracając do Jutlandii to regularnie chodziłem tam na basen. Był akurat 500 metrów od naszej firmy, więc codziennie na godzinkę tam śmigałem. No i Ci Duńczycy… O madre. Jednego dnia akurat jakaś drużyna siatkówki miała tam trening. Pół basenu było dla nich. Przyszli akurat wtedy co ja. Nie wiem czy o tym pisałem, ale w Danii na basenie trzeba się zupełnie rozebrać i umyć całe ciało przed wejściem do wody. Nagość w szatni jest tam więc zupełnie normalna i powszechną. Nie to co nasze polskie podśmiechujki i przebieranie z ręcznikiem.
No i tych piętnastu chłopa się rozebrało… Padłem. Po prostu padłem. Na szczęście woda w basenie chłodna, to trochę mnie uspokoiła, ale do tej pory mam ten widok przed oczami. Do tego 95 procent Duńczyków goli dupę. Mogą mieć krzaczory koło pały, ale dupka ogolona. Nie wiem czemu tak i ska to się bierze, ale tak po prostu jest. Lubię tam pływać.

Jesień pełną parą, świeczki, długie wieczory, morze herbaty…
Byliśmy z Robertem w tym Londynie w końcu. On miał tam coś załatwić, ja chciałem tak sobie lecieć i umówiliśmy się tam już.
Ja z Danii on z Polski. O 12 pod National Gallery. O dziwo tego dnia w Londynie słońce. Piękne, jesienne. Poszliśmy na kawę, małe zakupy, a potem już do baru. O matko. Popłynęliśmy na całego. Flirtowaliśmy sobie miło z chłopcami, takie tam pitu pitu, alko lało się litrami. W końcu z naszymi nowymi kolegami z Manchesteru wylądowaliśmy na jakieś imprezie u ich znajomych. W taksówce piliśmy wszyscy gin z butelki, zapijając to tonikiem… Masakra.
Na imprezie mnóstwo ludzi (środek tygodnia!!!), koksu i innych używek. Nie wiem jak my to przeżyliśmy, ale ze zdjęć z telefonu przypomnieliśmy sobie jeszcze jedną imprezę u jakiegoś modela czy coś w tym stylu…
W hotelu byliśmy o czwartej… A miały być tylko dwa piwka na mieście…
Lot na szczęście mieliśmy po południu. Zjebani i skacowani dotarliśmy na lotnisko. W domu po prostu padłem na ryjek.
Od naszych nowych znajomych, na fejsie dostaliśmy jeszcze kilka zdjęć i okazało się, że byliśmy wyjątkowo grzeczni.
Życie.

Przytulnie jesiennie pod kocem

Nostalgicznie.
Lato pociągnęło i to zdrowo. Wrzesień był naprawdę piękny i ciepły. Gorący nawet!
W połowie miesiąca leżałem sobie na leżaczku u rodziców w ogrodzie, opalałem się, w cieniu było 29 stopni!
No cudo po prostu, żyć nie umierać. Były wyjścia wieczorami na miasto, tłumy ludzi cieszących się późnym latem.
A teraz – koniec. Niby w dzień jeszcze jakoś to hula. Jest słonecznie, ciepło.
Ale gdy tylko przychodzi wieczór – robi się jesiennie. Wczoraj wracałem z pracy o pół do ósmej i było już ciemno. Pachniało liśćmi opadniętymi z drzew, wiało takim chłodem. Człowiek ma ochotę po powrocie do domu wskoczyć pod koc, zrobić sobie herbaty, kieliszek czerwonego wina.
Po drodze do domu – kasztany. Nikt ich tutaj nie zbiera. Poza mną. Uwielbiam je. Pełno ich wszędzie mam. Chcę sobie nawet jednego kasztanka wytatuować…
Szwedzkie dzieci nie robią ludzików z kasztanów i żołędzi. W Polsce ciężko znaleźć jakiegoś kasztana pod drzewem. Mój bratanek uwielbia je zbierać, bawić się nimi. A tu? Nic.

Byliśmy w zeszłym tygodniu w Czechach. Wybraliśmy się z Bartkiem i Leszkiem. Myślimy powoli o tym, czy się do Czech nie przeprowadzić. Kocham Polskę, ale chwilowo nie da się tam żyć. Zresztą, chciałbym się już wreszcie ohajtać, a bez wyjazdu to nie będzie możliwe. Niby mógłbym przenieść się po prostu na dobre do Szwecji, ale nie chcę. Nie ten klimat.
Słowiańska mentalność jednak bardziej do mnie przemawia. Widzę siebie i Sebę w Czechach. Myślimy o tym, trochę rozmawiamy.
Czechy cudowne. Na Morawach spokój i morze wina po prostu. Codziennie losowanie kto będzie kierowcą, a potem hulaj dusza, piekła nie ma.
Małe miasteczka, winnice, czeskie restauracje. Czesi kochają wychodzić. Zjeść, napić się. Nawet w małych mieścinach wieczorem tłumy w jedynej knajpie. I pani kelnerka przynosząca bez pytania jedyne dostępne tego wieczoru danie. Pyta tylko co do tego. Piwo, wino. Swojsko, miło.
W jeden wieczór najedliśmy się, napili, chcemy płacić. A pani rozbrajająco, że nie wie co jedliśmy i piliśmy, więc dajcie 500 koron to na pewno wystarczy. To jakieś 80 złotych. Za cztery dorosłe osoby…
Potem Praga. Cudna jak zawsze. Tłumy ludzi na Starówce, ale nadal bosko. Ceny znośne, ludzie mili.
Piwo na rzeką, w słońcu… Mają tam milion urokliwych miejsc. I Ci Czesi… Mrrr wrrr… Co za towary. Piękny kraj. Mogę tam być.

Tymczasem jestem tu. Coś tam się znowu jakieś zmiany kroją. Nie wiem jak to rozegrać, ale generalnie chyba na dobre.
Spotkałem koleżanką, pracującą na takim stanowisku w Anglii. O matko, jaki tam maja burdel i zapierdol. A u nas – spokojnie, powoli. Bywa ciężko, ale generalnie to mamy tu jak pączki w maśle.
Jesienią nie podejmuję żadnych decyzji. Wszystko na wiosnę…

Może skoczę do Londynu na dzień lub dwa. Jakieś zakupy by człowiek porobił. Seriale na te długie jesienne wieczory…
Wreszcie wzięliśmy się z Sebą za „Grę o tron”. No fajne. Rozmach. Oglądamy z wypiekami na twarzach.

A wielkimi krokami zbliża się jesienny detoks. Czyli brak alkoholu, mięsa, kawy i czarnej herbaty. Samo zdrowie i woda. Damy radę.

ostatnie pomruki lata

Hmm…
Miał być miły wieczór z serialami. Nalałem sobie lampkę czerwonego wina, zapaliłem wszystkie lampki (wszak w Szwecji lato już prawie zapomniane i wieczory średnio przyjemne), winogrona umyte i siadam. Włączam kompa, szukam czegoś fajnego. Mozilla mi coś szwankuje, więc włączam nieużywanego chroma. A tam poprzednio otwartych kartach jutub i Adam Strug. No i się zaczęło.
Uwielbiam tego pana. Jego głos i sposób śpiewania. Do tego muzyka którą tworzy i śpiewa jest magiczna. Totalnie odciąga mnie od codziennego świata.
Posłuchałem kilka kawałków a potem przypomniało mi się, że tak z półtora roku temu zaśpiewał przepiękny koncert w Poznaniu, w kościele. Nazywało się to „Requiem Ludowe” i było transmitowane w radio kilka dni po zdarzeniu. I słuchaliśmy tego z Sebą. Ja zachwycony, on totalnie nie w swoim klimacie, ale dzielnie trwał do końca.
I dziś to znalazłem. Jest na stronach mojego kiedyś tak kochanego, a teraz tak zepsutego Polskiego Radia. „Dwójka” niby się jakoś trzyma, ale już tam trochę cieknie dobra zmiana.
Ale koncert jest. Słucham go już drugi raz i nie mogę przestać. Cudowny.
Byłem na koncercie Adama w tym roku i jest boski. Taki fajny klimat stwarza. Cudo.

W ogóle koncerty.
Dużo ich w tym roku, w sierpniu też.
Zaczęło się od Green Festivalu w Olsztynie. Bardzo fajna impreza, pojechaliśmy tam jednym dużym samochodem ja, Seba, Robert, Manu i jeszcze dwie koleżanki.
Było cudownie. Balowaliśmy w tym Olsztynie na maxa. Raz się żyje, trzeba korzystać.
Mieliśmy miejscówę w fajnym hotelu nad jeziorem, były obłędne grille do rana, litry alko i papieroski nawet trochę, ale wszystko w myśl zasady „na wakacjach wolno”.Teraz jeszcze bardziej to doceniam. Tu mi jakiś deszcz zacina a ja sobie myślę, jak jeszcze dwa tygodnie temu leżałem sobie na plaży i słuchałem Ani Dąbrowskiej, albo stałem dwa metry od mojej ukochanej Reni Jusis…
Za rok też jedziemy.

A teraz w piątek w Warszawie grała Novika. Kocham ją bardzo od dawien dawna, ale jakimś dziwnym trafie nigdy nie byłem na żadnym jej koncercie.
I poszliśmy i szczeny nam opadły do podłogi jaka ona jest dobra w tym co robi. Muzyka totalnie nasza. Stałem i usta same uśmiechały się do tego co słyszałem. Bosko, cudnie.

A teraz powrót do rzeczywistości. Praca, ciemno, długie wieczory. To już nadchodzi. W Polsce jeszcze cudowne upały i ostatnie podrywy lata. Tego mi trzeba. Za tydzień impreza u chłopców na ogródku na Mokotowie. Ma być jeszcze gorąco.
A do tego w niedzielę po raz trzeci w tym roku -Reni.
Kocham.

kinowo – towarzysko

Życie naprawdę potrafi być urocze.
Po powrocie zapadliśmy w takie słodkie letnie lenistwo. Młody jest już na urlopie i razem sobie tak wakacjujemy.
Ja po tych moich połamaniach muszę zachodzić na ćwiczenia na godzinę dziennie, ale raz, że widać efekty, a dwa, że chodzę tam z towarzystwem 60+, więc jak wpadniemy w gadkę każdy na swojej maszynie, to czasem panie rehabilitantki muszą nas w końcu wygonić. Ludzie lubią kiedy się ich słucha, a ja akurat kocham słuchać. Wiem już więc kto ma jakie dzieci i co te dzieci robią, a także jaki jest stan cywilny tych wszystkich ludzi, kto gdzie mieszka. Oczywiście wnuki i wnuczki, co kto i gdzie robi. Niesamowita ilość informacji. A jak przy tym jest sympatycznie!
Jak wracam do domu, to Seba od progu już się dopytuje co tam na naszym staruszkowym pudelku :)

Wczoraj wieczorem zaś, umówiliśmy się z Manu i Robertem, że pójdziemy sobie gdzieś na fajne winko na Żoliborzu. Tak, żeby usiąść gdzieś na zewnątrz, nawet tak bardzo nie jeść, tylko właśnie napić się trochę, pogadać. Wieczór ciepły, ale nie taki duszny, więc idealnie.
Spotkaliśmy się na dworcu Gdańskim i ruszyliśmy w stronę Żoliborza. A tam po drodze kino „Elektronik”. Postanowiliśmy zajrzeć co tam grają, a tu akurat „Lolo” z Julie Delpy. Wszyscy jak na trzy cztery powiedzieliśmy „ooo, chciałem na to iść”. No to poszliśmy. Było całkiem sporo ludzi jak na francuski film i niszowe kino.
Co prawda, po seansie nie chciało nam się już za bardzo wina, więc pożegnaliśmy się i każdy pojechał w swoją stronę. A samo kino było wystarczającą atrakcją.
Zwłaszcza, że film świetny i cała sala rechotała, przez mniej więcej osiemdziesiąt procent filmu.

Dziś znowu towarzysko, bo przychodzi heterycka nie-para, więc czas powoli znikać w garach, a potem jeszcze jakąś ścierą oblecieć chociaż trochę dom.
Niby mi się nie chce teraz, bo jest dziś naprawdę fajnie ciepło, a nie duszno i można by się z książką gdzieś na ławce w parku zaszyć, ale wiem, że gdy tylko przyjdą goście, to od razu wynagrodzą cały ten trud.
Zmykam więc.

weekend w M.

Och, jaki miły weekend.
Siedzę właśnie w ogrodzie z Mamą, pijemy kawę. Reszta, towarzystwa jeszcze śpi. My zawsze takie ranne ptaszki. Zjedliśmy już śniadanie, poczytaliśmy gazety, a teraz były ploteczki przy kawie.
A przyjechałem tu z mężem, Bartkiem i Leszkiem. Leszkowi chyba wreszcie przeszedł gniew za rozstanie z byłym i nawet chyba powoli zaakceptował Sebę, bo nawet trochę do niego zagaduje.
Bardzo miło.
Dniami jeździmy po okolicy, zwiedzamy i oglądamy, żeby skorzystać z tego, że jest lato, ciepło i mamy czas.
A kiedy przychodzi wieczór, rozpalamy grilla, wrzucamy na niego różne pyszności i zasiadamy przy stole z winkiem w szklankach z grubego szkła i opowiadamy różne historie. Jesteśmy tylko my i moi rodzice, więc prym wiedzie Leszek ze swoimi arktyczno-antarktycznymi opowieściami.
Potrafi do późna w nocy opowiadać z pozoru proste historie, ale jest w tym tyle napięcia i emocji, że wszystkich wychodzą oczy i uszy na wierzch. Rodzice zadają dużo pytań, dopytują. W końcu dopiero go poznali i jest dla nich zupełną nowością.
Wczoraj dopuścili jeszcze do głosu jeszcze Bartosza, jako że Mama i on mają wspólne strony pochodzenia, a i mój ojciec mnóstwo razy bywał w tych stronach, więc jest naprawdę niesamowicie przyjemnie.
Nawet jak już w piątek kładliśmy się na poddaszu spać – śpimy na niewykończonym poddaszu na wielkich pompowanych materacach – to Leszek przyznał, że nawet w połowie nie spodziewał się, że będzie tak fajnie. Zgodził się na ten weekend, bo i tak mieliśmy gdzieś jechać, a Bartosz wyraźnie dał mu do zrozumienia, że stosunki z nami ma poprawić. I idzie mu to nieźle.
Dzisiaj gorąco, więc pewnie zalegniemy w ogrodzie na leżakach i będziemy uprawiać słodkie lenistwo, ale czego więcej trzeba?
Ja nadal na zwolnieniu. Jeszcze trzy tygodnie. Życie potrafi być naprawdę piękne…